Chyba obiecuję sobie zbyt wiele.
Obiecuję sobie, codziennie, że dzisiaj mi się uda, dzisiaj się nie dam, dzisiaj będę ładnie (nie)jadła, ładnie umierała, kilogram po kilogramie.
Postanawiam sobie, że w nowym roku będę przykładną, pracowitą, perfekcyjną w każdym calu studentką, wyglądającą codziennie olśniewająco, z idealnie dobranymi ubraniami, żywcem wyjętymi z tumblrów i żurnali.
Że będę powstrzymywać się od złości, znajdując jej ujście w szorowaniu wanny i przykładnym zdobywaniu punktów za sprawność w mojej lekko chorej głowie.
Że będę walczyć z chęcią romansu z czymś ostrym.
Że będę polerować swoją maskę szczęścia, obojętności na głupoty i zainteresowania tylko ambitnymi i przynoszącymi dużo pożytku rzeczami.
Tyle planów.
Dzisiaj, mówiąc krótko spierdoliłam wszystko. Emocje, złość, nienawiść do samej siebie wylałam w żarcie. Bilans koło 4000 kcal, albo i nawet więcej. 8 torebek zaparzonych w kubku, wypitych jednym haustem, żeby nie czuć zapachu i smaku. Zajedzone tabliczką czekolady z truskawkowym nadzieniem. Przykryte nieodłącznym elementem dnia codziennego, czyli papierosami.
Czeka mnie szalona noc.
Chciałaś, to masz, tak podobno wygląda dorosłość- trzeba brać odpowiedzialność za swoje wszystkie czyny.
TRZEBA BYŁO NIE ŹREĆ.
Jesteś słaba, bardzo słaba.
Dziurę w środku robią mi wszechobecne pary, jakże szczęśliwe, radosne, kochające się. W parkach, sklepie, nad morzem. Wszędzie. Otaczają z każdej strony, bombardując wszechświat informacjami, że świat jest piękny i warto żyć.
W tym wszystkim egocentryczna ja. Samotna, rozżalona, pełna nienawiści do świata, nieszczęśliwa. Na siłę.
Nie chcę tak. Chcę coś zmienić, a to takie trudne. Chciałabym być normalna. Móc jeść normalnie, nie bać się oleju, masła, sera, chleba [pomijając oczywiście dni takie jak dzisiaj, kiedy o dziwo jest mi wszystko jedno.]. Nie myśleć o tym, że w tej chwili każda komórka mojego ciała obrasta w tłuszcz. Stajesz się brudna. Niegodna niczyjej miłości, czy nawet zainteresowania.
Ciągle myślę o Opolu. Każda myśl jest strzałem w stopę. 'Wszyscy jesteśmy Chrystusami'.
Nie chcę tutaj mieszkać, nie chcę. Chcę uciec, umrzeć, zniknąć. Zobaczyć swój własny nagrobek. Czarny, prosty, z jedną białą różą. Własnym nazwiskiem i datami.
16.10.1992.- 29.08.2012.
Nie mam tyle odwagi. Boję się, że się nie uda. Bycie kaleką jest jeszcze gorsze od bycia ciamajdą.
W zasadzie, to nie mam planów na przyszłość, poza skończeniem studiów i zamieszkaniem w Opolu. Nawet pod Zielonym Mostkiem. Byleby być tam. Wśród Tamtych.
Tymczasem Panna Aga otwiera kolejną zakładkę, zaczyna przeglądać tumblry i czeka, aż... Aż coś się zmieni.
Obiecuję...

Obiecaj sobie, że poszukasz realnej pomocy. Tylko to, droga, nieszczęśliwa, piękna i wrażliwa, samotna dziewczynko... To za dużo na jedną zagubioną istotę. Daj sobie pomóc i idź po tą pomoc. Nic więcej. To nie tak dużo. I jeszcze choć trochę postaraj się nie wątpić.
OdpowiedzUsuń