Świąteczne popołudnie: filiżanka kawy, makowiec na talerzyku, barszcz z uszkami.
Książka w ręce, kot śpi zwinięty w kłębek.
W telewizji nic nie ma, fejsbukowi przyjaciele są gdzieś poza zasięgiem.
Świat zwolnił, zasnął, zasnuty mgłą i przykryty pierzynką z chmur. Wszystko odpoczywa, świętuje.
Idealny czas na rozmyślanie, analizowanie, roztrząsanie, rozdmuchiwanie i wmawianie sobie pewnych rzeczy. Mimo, że tak nie wolno.
Siedzę i wspominam zapach perfum, dotyk ręki, bijące ciepło. Jakąś specyficzną kawiarnianą atmosferę, kiedy wszystko znika i istnieje tylko stolik, dwie filiżanki, on i ja. Wokół pełno ludzi, licealistów, chwalących się nowym kubkiem, kartką. Co chwila wyjście na fajkę. Co chwila wybuch śmiechu, aż ktoś rzuci chodźmy do 2.0. Zrobi się ruch, wszyscy wyjdą, zostaniemy my i para przyjaciółek przy sąsiednim stoliku. Wszystko zwalnia, zatrzymuję się. Widzę tylko zieleń jego oczu i turkus lakieru na paznokciach. Czuję ciepło jego ręki i żar jego uśmiechu.
Serce bije jak oszalałe, ale tylko ja o tym wiem.
Pójdziemy gdzieś indziej, na plac z fontanną. Życie toczy się dalej. Wszyscy podekscytowani, biegną na kolejne wigilie, niosąc paczuszki dla swoich przyjaciół, lub prawie przyjaciół.
Ale nas nic nie obchodzi.
Zatracam się w jego oczach.
Po rozstaniu się, nic już nie jest takie samo.
Świat przyspieszył, dociera do mnie fetor spalin, dym z papierosa, gryzące w policzki zimno. Nic nie jest takie, jakie było, ale czy kiedykolwiek istniały dwie takie same chwile?
Łapię się na tym, że chciałabym wrócić do przeszłości. Móc nigdy nie dorosnąć, nie mieć rodziny. A z drugiej strony, bardzo tego chcę. Ambiwalencja jak cholera.
Potrzebuję pewności, że to, o czym myślę, zgadza się ze stanem faktycznym.
Ale... z drugiej strony to byłoby nudne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz