Jakie to ciekawe. Siedzę wykąpana, przy lapku, pijąc herbatę, zastanawiając się, gdzie się podziali wszyscy...
Większość spraw jest w toku, czekam na wybuch bomby, bo boimy się tego, czego nie znamy. Mądre, ale co z tego?
Za dotknięciem magicznej różdżki budzę się 2 lutego w Opolu. Całkiem realne, i jakże szczęśliwe. Zagrać we wtorek i w niedzielę, odbębnić wizytę u psycho, dowiedzieć się, że to, to i to, wsiąść w pociąg i pojechać.
Znowu wypić kawę w kofeinie. Posiedzieć przy herbacie. Ponarzekać, po polsku, na wszystko, dać sobie nawzajem kopa- tak na wszelkie smutki i rozczarowania, przytulić się moooocno i czekać na następne spotkanie.
Popłakać się, widząc z okna pociągu bursę, wieżę, most, bolko. Przypomnieć sobie wszystko to, co tam miało miejsce, co było tak świeże, ekscytujące i w pewnym sensie odrealnione. Gdy myślę o tym wszystkim, zastanawiam się, czy to wszystko nie było tylko i wyłącznie jedną migawką, zatartym wspomnieniem, wyblakłym jak stare fotografie.
Ciągle mam kłopot z zostawieniem przeszłości za sobą. Trzymam się jej kurczowo, jakby była liną- barierką nad przepaścią. Tam, na dole, nie ma nic. Jest cień i chłód.
I możliwe, że ja, lekko zaskoczona, że droga jest tak krótka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz