Wystarczy kilka słonecznych dni, żeby zyskać nowe, świeższe spojrzenie na wszystko to, co mnie otacza. Jestem pełna nadziei, że będzie lepiej, że każdy dzień będzie niósł większość pozytywnych wydarzeń.
Oczywiście nie powiem, że nie tęsknię. Co chwila przyłapuję się na przypominaniu sobie tego, jak było w Opolu w tym czasie. Było ciepło, czy zimno? Poznałam kogoś? W jaki sposób myślałam o życiu? Ile ważyłam?
Nie wiem, czy ciągłe wspomnienia i kurczowy chwyt tego, co znałam jest demonem w pakiecie i powinnam z tym walczyć, czy zachować to wszystko gdzieś w tyle głowy, niczym fotografia w sepii.
Patrzę na opolskie kartki od Linki, widzę ratusz, wieżę, dworzec, stawek Barlickiego... Myślę sobie, że wielokrotnie tamtędy przechodziłam, siedziałam na ławce, uciekałam od ludzi, żeby potem móc 'cieszyć się' tymi, którzy mieszkali ze mną.
Przecież Gdańsk też musi coś mieć w sobie. Też muszą być tutaj jakieś miejsca, które stają się 'moje'. Oprócz bezpiecznej twierdzy w znienawidzonym brzoskwiniowym kolorze.
Staram się przeszukiwać Gdańsk, łapiąc w nim coś pozytywnego. Jedynym pozytywem jaki znalazłam, to baletówka i zastanawianie się, jakby to było, gdybym spędziła w niej IX klas. Jakim byłabym człowiekiem? Tańczyłabym u nas w operze? Byłabym szczęśliwa?
Mam wrażenie, że większość czasu w dojazdach na akademię spędzam pogrążona w życzeniowych myślach lub zakotwiczona w przeszłości. Tak, jakby tu i teraz nie istniało. Bo to ktoś inny porusza sznurkami mojego życia. Ja jestem kukiełką losu, miotaną po teatrzyku z kartonu. Akurat jest przerwa po n-tym akcie.
Co będzie w następnej odsłonie?

Chce mi się płakać, jak Ciebie czytam. Wracaj tu do nas!
OdpowiedzUsuńAle Gdańsk też na pewno coś w sobie ma. Życzę Ci, żeby udało Ci się to odkryć (bo Dzień Kobiet to dobra okazja do życzeń :)).
:*