Nie wiem kiedy minął ten tydzień. Już czwartek, jutro piątek [zdecydowanie odkrywcze].
Cieszy mnie, że czas tak szybko mija. Jeszcze chwila i w poniedziałek dowiem się wiele więcej o moim profesorze, o programie. W poniedziałek mam pierwszą lekcję z dzieckiem. W poniedziałek zrobię plan działania na wyjazd do Opola, podopinam szczegóły na ostatni guzik.
Widać pierwsze oznaki jesieni. Stalowe niebo, drzewa powoli podbarwiają się złotem i czerwienią, jeszcze co prawda nieśmiale, ale z dnia na dzień co raz mocniej.
Chciałabym wierzyć, że nowe będzie dobre. Albo nie. Stare pudełko z nową zawartością. Że dam radę i udowodnię sobie, że potrafię pracować i pracować. Że poradzę sobie ze zmęczeniem i bólem. I znużeniem. I że wreszcie trochę uspokoję sama siebie, od środka. Z tym, że teraz nie będzie to takie łatwe.
Moja psychika szaleje dalej. Nie potrafię uwolnić się od wyobrażeń mojej śmierci. Co chwila wyobrażam sobie poszczególne możliwości skończenia ze sobą. A to skoczyć, a to podciąć żyły, a to rzucić się pod pociąg. A to wziąć tabletki. Dodatkowo coraz bardziej boję się ludzi. Boję się palić gdzieś na widoku, bo a nuż ktoś mnie zobaczy i będzie afera. Boję się utyć, panicznie boję się utyć. Boję się nie ćwiczyć dłużej niż jeden dzień, bo od razu mam wrażenie, że moje uda puchną. Boję się słodyczy i tłuszczu. Tłuszczu ostatnio jeszcze bardziej.
Paradoksalnie, pomimo lęku przed ludźmi wśród nich odpoczywam. Lubię na nich patrzeć, działa to na mnie niesamowicie inspirująco. Lubię podpatrzeć jakieś ciekawe rozwiązania kolorystyczne czy fakturalne. Nawet, jeśli są to połączenia banalne, przewidywalne i nudne. Sama jestem nudna, więc jakoś mnie to nie boli aż tak bardzo.
Coraz bardziej lubię chodzić do sklepów spożywczych. Maszerować pomiędzy półkami ze słodyczami, czytać składy, liczyć kalorie. Czuję się trochę jak w ZOO. Oglądam ciastko przez folię, widzę, że błyszczy od glazury, ma w sobie dmuchany ryż, rodzynki, trochę czekoladowych piegów. Widzę, że ma tyle a tyle kalorii w 100 gramach. Przechodzę dalej. Widzę czekoladę. Z żurawiną, bakaliami, dmuchaną, z orzechami, z nadzieniem o smaku truskawki, malibu, advocata, mięty, ciasteczek. W piegi, łaty, plamki. Z posypką, bez posypki. W fioletowym, ciemno- i jasnoniebieskim, różowym, brązowym, łaciatym opakowaniu. Jeszcze dalej majaczy mi cukiernia. Przechodzę, bo boję się, że wejdę i coś kupię. Przez szybę oglądam torty, babeczki z owocami, eklery, ukochane bajadery, ciastka z oczkiem z marmolady, grzebienie z ciasta francuskiego z jabłkami, apetycznie posypane cynamonem. Z tyłu, za ladą prężą swe muskuły chałki, pokazują błyszczące grzbiety chleby oliwskie, 7 ziaren, orkiszowe, żytnie, razowe. Bułki stłoczone w pojemnikach, trochę zaniepokojone, czy na pewno ktoś je kupi. Posypane makiem lub sezamem, czasami maźnięte z wierzchu jajkiem i szczodrze posypane kruszonką.
A później idę do domu. Oczywiście niczego nie kupuję.
Jeszcze ciut i będzie dość.
'W mojej kuchni stoi sosna
przebrana za kuchenny stół.
Na półkach kilogram śliwek
w słoiku udaje powidła.
W lodówce pocięta w plastry
puszcza do mnie oko krowa.
A kurczak pobija rekord
na czas nurkując w rosole'
~Hey
Strach...tak. Ale jaki jest sens życia, jeśli nie jednak walka i przezwyciężanie go? Dopóki można, trzeba. A myśli kłamią, wyobraźnia kłamie. Też nawiedzają mnie te wszystkie obrazy, a za nimi pojawia się panika - co jeśli nie wytrzymam?! Ale wytrzymuję, wciąż i zawsze. I chyba jestem silniejsza o ten każdy jeden raz. Czyli warto.
OdpowiedzUsuń